*pakuje plecak* Od razu mówię, że nie wiem, co ćpałam, gdy to pisałam! Ale jest to taki shot pisany wraz z Ashą (ona napisała o swoich bohaterach, więc zajrzyjcie do warsbey; ja też muszę zobaczyć, co tam namodziłyśmy xD) iii, no nie ma to nic wspólnego z historią (prócz bohaterów, ale nie ma też relacji między nimi, takich jak fakt, że Nero chce wybić Meg) i jest to totalny, dziwny wymysł naszej wyobraźni. Zobaczymy, może będzie część druga(za rok xd). A na razie... nie miłęj lektury *leci robić sobie bunkier na przyszłość*
~ Nero~
Niedziela, 12:33, Yokohama, ul. Hanchee 4E
Pierwszą rzecz jaką zauważył po powrocie do mieszkania było pościelone łóżko, które zostawił w totalnym nieładzie; z tego co pamiętał to kołdra leżała w wannie, poduszki na lodówce a prześcieradło na fotelu, a teraz wszystko zostało porządnie zaścielone. Dopiero potem zauważył brak bey'a, którego zostawił na stoliku, a następnie książka. Gruba, w skórzanej oprawie, leżąca na pościeli. Podszedł do niej żwawym krokiem i po chwilowych oględzinach, upewniwszy się że to nie bomba, sięgnął po nią i przekartkował. Zmarszczył brwi. Wszystkie strony pozostawały puste. Prócz pierwszej. Przebiegł wzrokiem po równym piśmie zapisanym bordowym atramentem:
Jeśli znalazłeś tę
książkę od razu uprzedzę Cię, iż nie możesz jej porzucić, spalić, wyrzucić
przez okno i o niej zapomnieć, nie, nie. Książka wybrała Ciebie, a ty – może i
nieświadomie – wybrałeś ją. Będziecie świetnie się uzupełniać, a wasze drogi splotą
się na długi, długi czas…
Klniesz pod nosem i
pytasz, co to ma w ogóle znaczyć? Służę wyjaśnieniem – owa książka jest
niezapisana w środku; to ty własnoręcznie, własnym piórem (pamiętaj, musi mieć
bordowy atrament!) nakreślisz kolejne strony nieznanej ci jeszcze historii.
Jak już niniejszym
wspomniałem, wycofanie się jest nie realne. Dlaczegóż? Ano dlatego, iż stawką w
tej… ujmijmy to grze jest osoba, a prędzej rzecz, której wolałbyś nie stracić, bo poniesiesz srogie (i drogie) konsekwencje, nieprawdaż, Nero? Ah, teraz za pewne intensywnie myślisz skąd to znam
twoje imię; na razie puść to w niepamięć i skup się na ważniejszym. Na
najważniejszym, właściwie. Oboje wiemy, kim jest ten przedmiot.
Tak, tak, zgadza
się, mam tu na myśli twą największą broń i postrach twych ofiar – Blackout Rabou.
Jakim cudem mogę
pozbawić życia jedną z silniejszych bestii powiadasz? Cóż, chyba tak
łatwo, jak zabrałem ją z twojego mieszkania, na Hanchee 4E w Yokohamie. Zresztą pewnie już to zauważyłeś. Poza tym, zważaj bardziej na ład w miejscu, które służy ci za schron, trochę kultury, chłopcze.
Wracając – bey’a nie ma, a ty,
chcąc aby twojemu kontrahentowi nic się nie stało musisz ściśle stosować się do
podanych niżej reguł. Nie postrzel książki – Zabójcy nic się nie
stanie. Przerwij pisanie – Rabou trafi tam gdzie wszystkie wasze ofiary.
Bardzo się cieszę
jeśli rozumiesz. A przechodząc do meritum, do którego po nieco już nawiązano;
oto parę po krótce zasad, jakie od dziś cię obowiązują:
v
Noś książkę wszędzie, gdzie pójdziesz, nie
rozstawaj się z nią.
v
Nie spal jej w ogniu piekielnym lub kuchennym.
v
Co dzień zapisuj nową stronę, a najlepiej kilka
(masz ich ponad pięćset więc spokojnie ci starczy póki nie odzyskasz bey’a
(jeśli w ogóle do tego dojdzie, w co śmiem wątpić, ale próbuj! )).
v Nie
szukaj mnie na własną rękę, bo i tak nie znajdziesz, a bey może ździebko
ucierpieć; brak jednej ręki albo coś…
v
Pisz bordowym atramentem! Polecam ten marki
Watermall 60; nie przerywa i gładko pisze.
v Ostatnie, najważniejsze, nikt z twojego
otoczenia, z twoich bliskich nie może się dowiedzieć o istnieniu tejże książki.
To tyle, gwoli formalności.
Teraz nie pozostaje mi nic innego
jak usunąć się w cień i życzyć ci miłej zabawy.
Mała podpowiedź na koniec – zacznij pisanie od prostego, ale
jakże nieśmiertelnego „cześć” i obserwuj jak twe losy potoczą się dalej... A, i pamiętaj o atramencie!
Cesarz B.
Cienka szyba, która do tej pory stanowiła okno rozpadła się
w drobny mak, po zderzeniu z rozpędzoną szafką nocną, która poszybowała trzy
piętra w dół i gruchnęła o ziemię, omal nie zabijając przypadkowego
przechodnia. Sekundę później w jej ślad poleciały drzwiczki od lodówki,
mikrofalówka, a na koniec nocny stolik, lecz ten okazał się za szeroki, więc
ostatecznie wylądował na ścianie. W drobinki szkła poleciała jeszcze książka w
skórzanej oprawie wraz z akompaniamentem siarczystych przekleństw.
Nero zacisnął dłonie w pokaźne pięści; żyłka na jego czole
pulsowała grożąc wybuchem.
- Jaki skurwysynowaty cesarz śmie mi rozkazywać!? –
wrzasnął i kopnął nogę od łóżka, która
odpadła w deszczu drzazg i potoczyła się pod ścianę, w której zionęło duże
wgłębienie od pięści.
Chłopak wbił
nienawistny wzrok w bordową książkę, leżącą w połyskującym szkle. Otwarła się
akurat na „dedykacji”. Specjalnej, dla niego, od jakiegoś cesarza B.
Zasiadł ciężko na
ocalałym fotelu i zagłębił palce w czarne włosy. Czy przejmował się utratą Rabou,
swojego towarzysza walki i zbrodni? Odpowiedź jest prosta.
Nie.
Co go obchodziła kupka metalu, zdolna coś zdziałać dopiero
po wystrzeleniu z dysku. Bardziej martwił go fakt, że Rabou nie był tani, a
osoba, od której go kupił raczej nie popuści mu, że zgubił swoisty „prezent”.
Że też akurat dzisiaj zasrany cesarzyk B musiał stwierdzić że się z niego
ponabija. Dziś wieczorem miał wykończyć jakiegoś milionera i dostać za to
minimum 100 tysięcy yenów. Miał wykończyć młodego milionera w walce Beyblade, a bez bey’a
może to być ździebko utrudnione zadanie.
Zerwał się z fotela przy okazji go przewracając i podniósł
książkę, nie zważając na odłamki szkła. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po
stronnicach. Wszystkie prócz pierwszej były białe i puste, wręcz prosiły się o
zapisanie. Utrwalił sobie w umyśle przede wszystkim symbol/pieczątkę jaką
podpisał się Palant B oraz fakt, że aby
dociec prawdy musi napisać coś w książce bordowym
atramentem.
Zgarnął spod łóżka sportową torbę i wrzucił do niej tylko książkę,
wyrzutnię (w razie czego) oraz zaufany pistolet, którym posługiwał się jeszcze
za nim został tym pożal się dupy bleyderem. Założył na twarz maskę, zasłaniającą lewą część, bez
której nie pokazywał się na mieście; w końcu trzeba jakoś wyglądać. Włożył
ulubiony czarny płaszczyk z kapturem i
zarzuciwszy torbę na ramię, wymaszerował z
mieszkania, nawet go nie zamykając. Nie zamierzał tu wracać; miał teraz
inne plany.
Na korytarzu przywitała go jego ulubiona sąsiadka,
wlaścicielka mieszkania które wynajmował.
- Co ty sobie myślisz gówniarzu jeden, taką rozróbę robić w
środku dnia, w moim mieszkaniu!? – naskoczyła na niego. Prawie dosłownie –
miała 1.45 w kapeluszu, podczas gdy on niemal 1.95
Rzucił jej tylko przelotne spojrzenie, wyminął i ruszył ku
spleśniałym schodom.
- Mówię do ciebie, ty niewychowany gówniarzu! Zapłacisz mi
za szkody! Oddawaj klucze i nie pokazuj mi się tu więcej…. Matko boska częstochowska! – wrzasnęła kiedy klucze uderzyły
ją w twarz. – Dzwonię na policję…!
Nero kulturalnie
miał gdzieś organ policji, który od pięciu lat i tak nie mógł mu naskoczyć. Wyszedł
przed rozpadającą się kamienicę i ruszył do sklepu papierniczego po atrament.
Spojrzał na swoje dłonie. Bez Rabou nie może tworzyć
Chowańców ani generować broni, którą chętnie by teraz uraczył Palanta B.
Uśmiechnął się krzywo pod nosem; cała akcja zaczęła go śmieszyć. Czyli będzie
trzeba to załatwić tradycyjną metodą – wpierd*** pięścią i rozpie***** nogą.
~~~
Jeśli znalazłeś tę
książkę od razu uprzedzę Cię, iż nie możesz jej porzucić, spalić, wyrzucić
przez okno i o niej zapomnieć, nie, nie. Książka wybrała Ciebie, a ty – może i
nieświadomie – wybrałeś ją. Będziecie świetnie się uzupełniać, a wasze drogi
splotą się na długi, długi czas…
Klniesz pod nosem i
pytasz, co to ma w ogóle znaczyć? Służę wyjaśnieniem – owa książka jest
niezapisana w środku; to ty własnoręcznie, własnym piórem (pamiętaj, musi mieć
bordowy atrament!) nakreślisz kolejne strony nieznanej ci jeszcze historii.
Jak już niniejszym
wspomniałem, wycofanie się jest nie realne. Dlaczegóż? Ano dlatego, iż stawką w
tej… ujmijmy to grze jest życie osoby, którą cenisz ponad wszystko, i której, uwierz mi, na pewno nie chciałabyś
stracić, mam rację, Ren? Ah, teraz za pewne intensywnie myślisz skąd to znam
twoje imię; na razie puść to w niepamięć i skup się na ważniejszym. Na
najważniejszym, właściwie. Oboje wiemy, kim jest ta najdroższa twemu sercu
osoba. Twoja jedyna rodzina po strasznej Zagładzie….
Tak, tak, zgadza
się, mam tu na myśli twoją Madame OLeary mieszka w pięknym kraju jakimż to jest
Francja, na ulicy Rue Royale mieszkania 2D; jest samotna, nie ma nikogo…
Nie masz, co
marnować pieniędzy na połączenia zagraniczne, wystarczy, że mi uwierzysz na
słowo, iż twojej ukochanej ciotki nie ma w przytulnym mieszkanku. A jak nie chcesz uwierzyć to mogę
przysłać ci kurierem jej obrączkę ślubną na dodatek z palcem.
Już, nadzwoniłeś
się i upewniłeś, że nie odbiera? Wyśmienicie, w takim razie kontynuujmy – cioci nie ma, a ty, chcąc aby twojemu bliskiemu nic
się nie stało musisz ściśle stosować się
do podanych wyżej reguł. Nie potnij książki tasakiem – cioci nic się nie stanie. Przerwij pisanie – ciocia
przedwcześnie zacznie wąhać kwiatuszki od spodu; hortensje to jej ulubione,
prawda?
Bardzo się cieszę
jeśliś rozumiesz. A przechodząc do meritum, do którego po nieco już nawiązano;
oto parę po krótce zasad, jakie od dziś cię obowiązują:
v
Noś książkę wszędzie, gdzie pójdziesz, nie
rozstawaj się.
v
Nie spal jej w ogniu piekielnym lub kuchennym.
v
Co dzień zapisuj nową stronę, a najlepiej kilka
(masz ich ponad pięćset więc spokojnie ci starczy póki nie odzyskasz bey’a
(jeśli w ogóle do tego dojdzie, w co śmiem wątpić, ale próbuj! )).
v Nie
szukaj mnie na własną rękę, bo i tak nie znajdziesz, a smoczyca może ździebko
ucierpieć; brak jednej łapki albo coś…
v
Pisz bordowym atramentem! Polecam ten marki
Watermall 60; nie przerywa i gładko pisze.
To tyle, gwoli formalności.
Teraz nie pozostaje mi nic innego
jak usunąć się w cień i życzyć ci miłej zabawy
Mała podpowiedź na koniec – zacznij pisanie od prostego, ale
jakże nieśmiertelnego „cześć” i obserwuj jak twe losy potoczą się dalej... A, i pamiętaj o atramencie!
Cesarz B.
Odłożył telefon na stół w kuchni po kolejnej nieudanej
próbie dodzwonienia się do jedynego członka rodziny , i spojrzał na mały salon
w jego kawalerce w centrum Tokio. Na kanapie wciąż leżała otwarta książka,
drażniąc mu oczy i jeszcze bardziej podnosząc ciśnienie. Jednym hausem dopił
resztę meliski i podszedł do obiektu swojego zdenerowania.
Jego ciotka została porwana. To zrozumiał i zapamiętał. Nie
mógł jednak pojąć jak zaczęcie pisania w
książce od głupiego „cześć” ma jakoś pomóc!
Zaczął stukać nogom w podłogę. No to... Co teraz?
Spojrzał jeszcze raz na książkę, po czym pobiegł do swojego pokoju po portfel i laptop
Niedziela, 12:49, Tokio, Yonshoon 44 mieszkanie C
Jeśli znalazłaś tę książkę od razu uprzedzę Cię, iż nie możesz jej porzucić, spalić, wyrzucić przez okno i o niej zapomnieć, nie, nie. Książka wybrała Ciebie, a ty – może i nieświadomie – wybrałaś ją. Będziecie świetnie się uzupełniać, a wasze drogi splotą się na długi, długi czas…
Klniesz pod nosem i pytasz, co to ma w ogóle znaczyć? Służę wyjaśnieniem – owa książka jest niezapisana w środku; to ty własnoręcznie, własnym piórem (pamiętaj, musi mieć bordowy atrament!) nakreślisz kolejne strony nieznanej ci jeszcze historii.
Jak już niniejszym wspomniałem, wycofanie się jest nie realne. Dlaczegóż? Ano dlatego, iż stawką w tej… ujmijmy to grze jest życie osoby, którą cenisz ponad wszystko, i której, uwierz mi, na pewno nie chciałabyś stracić, mam rację, Megan? Ah, teraz za pewne intensywnie myślisz skąd to znam twoje imię; na razie puść to w niepamięć i skup się na ważniejszym. Na najważniejszym, właściwie. Oboje wiemy, kim jest ta najdroższa twemu sercu osoba.
Tak, tak, zgadza się, mam tu na myśli twoją nieodłączną towarzyszkę broni – twego bey’a, Rashmou Valcirię.
Jakim cudem mogę pozbawić życia jedną z silniejszych smoczych bestii pytasz? Cóż, chyba tak łatwo, jak zabrałem ją z twojego mieszkania, na Alei Yonshoon 44 mieszkania C. Spokojnie, nie zabij się tylko o dywan!
Już, sprawdziłaś, że jej tam nie ma? Wyśmienicie, w takim razie kontynuujmy – bey’a nie ma, a ty, chcąc aby twoje smoczątko pozostało przy życiu musisz ściśle stosować się do podanych wyżej reguł. Nie potnij książki tasakiem – smoczycy nic się nie stanie. Przerwij pisanie – Valciria trafi do Hadesu, a w końcu nie chcesz, aby twój jedyny członek „rodziny” dołączył do pozostałych, prawda, moja droga?
Bardzo się cieszę jeśliś rozumiesz. A przechodząc do meritum...
Nie doczytała nawet do końca dedykacji, a już chciało jej się wrzeszczeć, płakać i śmiać jednocześnie. Ostatecznie, po wykonaniu tych wszystkich czynności po kolei, otworzyła okno i podrzuciła w dłoni książkę w twardej oprawie.
– Spierdzielaj, Cesarzyku B! – krzyknęła, wzięła zamach, i wyrzuciła książkę za okno. – I nie wracaj!
Otrzepała ręce i zabrała się za kolejne już przeszukiwanie pokoju. Ten palant nie mógł zabrać jej bey’a sprzed nosa! To… nie realne, chore, idiotyczne! Jak zwykle położyła wieczorem Valce na szafce nocnej w zasięgu ręki, ale gdy rano się obudziła zamiast bey’a znalazła książkę, która pewnie aktualnie przejechał jakiś tir, a w niej zostało wyjaśnione zniknięcie bey’a i jego powód. Ale jakoś nie chciało jej się w to wierzyć. Głupi żart.
– Rey! – ryknęła Megan wybiegając z pokoju. Wpadła przed drzwi naprzeciwko do królestwa przyjaciółki, która na jej wrzask spadła z fotela, a zaraz za nią miętowy lakier do paznokci.
– Czego!?
– Widziałaś gdzieś Valcirię? – wyspała rozglądając się po pokoju Makimoto.
Rey pozbierała się z ziemi i przeklęła, gdy trochę lakieru wylało się na biały dywan, dołączając do kolekcji innych kolorowych plam.
– Nie, a co? Zgubiłaś? – zażartowała, ale widząc poczynania przyjaciółki zaczęła się mocno zastanawiać czy to nie prawda, oraz czy nie dzwonić po smutnych panów w białych kitlach. – Meg?
– A nie, jak u ciebie nie ma to pewnie gdzieś się u mnie zawieruszyła; wczoraj miałam wenę na malowanie więc mam mały rozpiernicz w pokoju i pewnie Valca leży gdzieś pod sztalugą; poszukam, pa! – wyrecytowała na jednym wdechu i trzasnęła drzwiami.
Z powrotem wpadła do swojego pokoju. Stanęła po środku i wysiliła zwoje mózgowe do krytycznego wysiłku.
Valca! – zawołała w myślach, zaciskając powieki. – Odezwij się i nie baw się ze mną w chowanego; to nie jest śmieszne! Valca? Valciria do jasnej nędzy!
Zero odpowiedzi. Nawet jej nie wyczuwała. Złapała się za głowę i pociągnęła za włosy. Powoli zaczęła panikować. Do policzenia swoich wrogów nie wystarczyło by jej palców u rąk i nóg, ale żaden nie był na tyle sprytny, i szalony, aby wkradać się w środku do jej mieszkania, zabierać bey’a i zostawiać książkę! Poza tym nie kojarzyła żadnego Cesarza B.
Sen, sen, ja tylko śnię, jak się uszczypnę to się obudzę…
Uszczypnięcie nie pomogło, ani solidny cios w tył głowy. Poleciała jak długa na łóżko. Obok niej na poduszce wylądowało to co ją walnęło – książka w złotej okładce. Którą pięć minut temu wyrzuciła przez okno.
Pisnęła i zleciała z łóżka. Chwyciła z biurka cyrkiel i ołówek, robiąc z nich znak krzyża. Na drżących nogach podeszła do książki i szturchnęła ją ostrą końcówką cyrkla. Nie ruszyła się, ale wcześniej otwarła na „dedykacji”. Słowa znów zakuły ją w oczy.
Zagotowała się z wściekłości i ponownie podeszła do okna.
– Spierdzielaj,ty pierdo…
– Meg, można wiedzieć, co ty robisz z tą książką?
Nakane zamarła w pozie gotowej do rzucenia książki w kosmos, kiedy tuż za nią rozległ się głoś Makimoto. Odwróciła się błyskawicznie w stronę Rey, chowając książkę za plecami.
– Co, jaką książką, nie widzę tu żadnej książki, o jaką książkę ci chodzi? – spytała szybko. Polonistka byłaby dumna za te powtórzenia…
– Ano tą którą trzymasz za plecami.
Megan przełknęła ciężko ślinę. „Ostatnie, najważniejsze - nikt z twojego otoczenia, z twoich bliskich nie może się dowiedzieć o istnieniu tejże książki.” No dobra, trzeba grać głupią.
– A, tą książkę! No widzisz, dostałam w prezencie od jakiegoś adoratora, ale wiesz, że do zamążpójścia mi nie prędko… więc może po prostu ją wywalę, tak, tak właśnie zrobię; wrzucę do kontenera na dworze! – Nie dając Rey czasu do namysłu Nakane wybiegła z pokoju po drodze wpadając na biurko. Umyślnie; zgarnęła z otwartej szuflady wieczne pióro z bordowym atramentem, dziękując samej sobie, że ostatnio natchnęło ją aby narysować coś piórem.
Megan wypadła z mieszkania i pognała ile sił w nogach za miasto, do ruin, ściskając mocno książkę, która ciążyła jej jak kotwica. Po kilkudziesięciu minutach morderczego biegu, zasiadła ciężko na trybunach i położyła książkę przed sobą, otwierając ja na pierwszej pustej stronie. Dała sobie chwilę na złapanie oddechu. W końcu rozprostowała plecy i odetkała pióro. Tak chcesz się bawić Cesarzyku? Proszę bardzo, odzyskam Valcę z twoich obślizgłych łąp, zanim wrócisz z kibla.
Zapełniła pustą stronę jednym, krzywym słowem.
„Cześć”
W końcu mogę komentować z mojego konta.
OdpowiedzUsuń"Ano dlatego, iż stawką w tej… ujmijmy to grze jest osoba, a prędzej rzecz, której wolałbyś nie stracić, bo poniesiesz srogie (i drogie) konsekwencje, nieprawdaż, Nero? Ah, teraz za pewne intensywnie myślisz skąd to znam twoje imię; na razie puść to w niepamięć i skup się na ważniejszym."
Beta: Bo jest płatnym mordercą. Mam rację ? Miju, Hanako co nie?
Miju: może
Hamako:*ma wywalone na to co mówi Beta i poleruje kosę*