poniedziałek, 9 lipca 2018

Rozdział 33: ♧ Obietnica to obietnica ♧




   To, co działo się potem trudno opisać, nie zażywszy dożylnie melisy.
   Karma zniknęła wraz z Renem, a w tym samym momencie stwór rzucił się w naszym kierunku, obnażając ostre kły. Obie pisnęłyśmy z przerażenia,  nie zdążyłyśmy nawet wyciągnąć wyrzutni, gdy stało się, co się stało.
   W duchu już żegnałam się z życiem, bo z doświadczenia wiedziałam, że moja zdolność odpychania mrocznej mocy nie działa na te stwory. Lecz nie miałyśmy tak umrzeć.
   Poczwara naprężyła mięśnie i wybiła się w górę, rozwierając szczękę, aby na raz odciąć nam głowy.
     I w tym momencie coś błysnęło, coś zazgrzytało, coś zawyło z bólu.
   Nasz wzrok dopiero po chwili przyzwyczaił się do aury, jaką roztaczała stojąca przed nami postać. Zmierzyłam ją od stóp do głów, walcząc z nurzącym zmęczeniem, jakie dawało mi się we znaki. Poczułam na talii palce Rey; dzięki niej się nie przewróciłam i mogłam ujrzeć zjawisko.
   Długie, zgrabne nogi odziane w wysokie buty wojskowe na niewielkim obcasie. Szczupły tułów opinała lśniąca srebrna zbroja; przez plecy przebiegała pochwa z niespotykanym, purpurowym ostrzem. Nad wyraz długie włosy miały odcień jasnego blondu; były związane w ciasny warkocz, sięgający prawie ziemi. Nie widziałyśmy twarzy; stała do nas tyłem.
   Przechyliłam się lekko w bok, a Rey razem ze mną.
   Po jej mieczu, który ściskała oburącz spływała ciemna, czarna krew, wydostająca się z pyska stwora, w które wbito ostrze. 
   Zwymiotowałabym, gdybym coś miała w żołądku.
   Postać zdawała się nie być materialna; promienie słońca przechodziły przez nią na wskroś. Jak u naszych Bestii.
    Poczwara upadła na ziemię, brodząc we własnej krwi. Po chwili zaczęła zanikać, ale nie tak jak w moim przypadku  tutaj chyba zniknęła na amen. 
    Poczułam lekkie drgawki; myślałam, że to Rey dygocze ze strachu, ale gdy spojrzałam na swoje ręce, okazało się, że to one trzęsą się jak galareta. Zacisnęłam pięści i wbiłam lekko zamglony wzrok w postać kobiety. 
    Ta, jakby wiedząc, że o niej mowa odwróciła się w naszą stronę. Nadal nie mogłam odszyfrować twarzy; bordowa płachta opadała na oblicze, co mnie zirytowało.
Kim ty do chole...   Nie dokończyła, ponieważ nagle fala zmęczenia zalała cały umysł. Nie tyle, co zemdlałam, a zasnęłam. Ostatnim, co zapadło mi w pamięć był dym, który pozostał po zjawie.  
   Może w ogóle jej tam nie było?
   Tak, to tylko wymysł mojej wyobraźni. Tak… 



~~



Narrator


   Rey po kilku minutach wpatrywania się w spokojne oblicze przyjaciółki, dostała olśnienia, że wypadałoby wrócić do hotelu. Jej komórkę zniszczyła Karma jednym strzałem mrocznej energii, więc odszukała smarfona Meg i odblokowała ekran, dziękując Bogu, że znała hasło. Wybrała pierwszy kontakt z listy numerów. 
   I tak po kilkudziesięciu minutach Rey trzymała Meg pod jedno ramię, a Kyoya Tategami pod drugie, i tak zamierzali jak najszybciej przebyć hotelowe lobby. Niestety recepcjonistka okazała się mieć oczy dookoła głowy. Uniosła wysoko brwi i rozwarła szeroko oczy.
   Dzwonić po karetkę? spytała, sięgając po słuchawkę od telefonu.
   Makimoto szybko pokręciła głową, gdy zatrzymali się przy windzie. Kyoya uparcie naciskał czerwony przycisk.
   Koleżanka się trochę schlała, to wszystko. I aby uniknąć dalszych pytań, wskoczyli do windy. 
   Potem tak samo musieli się tłumaczyć przed spotkanymi na korytarzu gośćmi, którzy rzucali im to nie przychylne, a to pytające i zaniepokojone spojrzenia. Po doczłapaniu się do pokoju, ostrożnie ułożyli na wpół przypomną Meg na jej łóżku, i dopiero wtedy pozwolili sobie na głęboki oddech.  
   Dobra, a teraz wyjaśnisz mi, do jasnej nędzy, co tu się odwaliło?  spytał Kyoya, wbijając wzrok w plecy Reyano, gdy ta usiadła na krześle obok łóżka przyjaciółki. Nie uśmiechało mu się, że wyciągnięto go z domu akurat, gdy miał się zdrzemnąć przed robotą, ani to, że musiał zużyć cenne litry paliwa w swoim starym minivanie.  
    — Za długo by gadać wymamrotała Rey, nie racząc go spojrzeniem.  Potem ci wyjaśnimy, a teraz możesz iść, ok?
   Zamierzał z tego skorzystać, jednak z drugiej strony niesamowicie ciekawiło go, co takiego stało się na pustyni, że Megan wróciła stamtąd lewo żywa, z krwawiącym nadgarstkiem, którym teraz zajęła się Rey, zauważając plamę na pościeli.
   — Straciła fragment, mam rację? Cisza, jaka mu odpowiedziała, utwierdziła go w tym przekonaniu. Westchnął ciężko, opierając się o framugę drzwi. Wiedziałem, że spartoli mruknął, wbijając wzrok w okno. Nigdy nie potrafi dociągnąć misji do końca; nie wiem, kto wybrał ją do tej "Wojny"...
    — Nie mów tak o niej! syknęła Makimoto, zrywając się z miejsca. Wycelowała w Kyoyę oskarżycielsko palec, który nadal lekko drżał od nadmiaru przeżyć. Nawet nie wiesz jak walczyła o ten zasrany fragment; była gotowa stracić rękę, aby go zdobyć. Miała go, miała, ale ja i Ren zostaliśmy złapani i ona chciała go wymienić za nas i... Rey złapała się za głowę, zaciskając usta i powstrzymując bezładny potok słów. Boże, co my tu robimy...  
   — Witamy w piekle. A w ogóle Kyoya rozejrzał się po pomieszczeniu gdzie wasz ciapowaty koleżka?
   Rey znowu zasiadła na krześle, po czym ponownie wstała i zaczęła chodzić po pokoju, nerwowa drapiąc się w ramię. 
   — Nie ma go, jak widzisz odparła, nie mogąc powstrzymać zgryźliwego tonu. No, ta wiedźma zabrała go ze sobą! 
   — To nie wróżę mu różowej przyszłości.
   — Możesz przestać! nie powstrzymała się od krzyku. Ugh, jaki z ciebie egoista! Nie wiesz, że jak przegramy to cały świat pójdzie się je... walić?
   Tategami wzruszył ramionami.
   — Chyba nie pierwszy raz, no nie?
   Rey miała wielką ochotę w niego czymś rzucić, ale powstrzymała ją Meg, która niespokojnie zaczęła się wiercić.
   Idź już - syknęła do Kyoyi. - Nic tu po tobie.
   Nie to nie, ale jak Nakane się ocknie to przekaż jej, że przestałem w nią wierzyć.
    Vete al diablo!  wrzasnęła za nim, gdy zniknął za drzwiami, po czym odetchnęła głęboko, próbując opanować emocje. Będzie dobrze, będzie dobrze...
   Gówno będzie dobrze! 


Meg

    Nim otworzyłam oczy minęła dłuższa chwila, bo dwa głosy kobiecy i męski przestały się kłócić, a w pokoju zapanowała głucha cisza, nie licząc miarowego tupania nogą o podłogę. Było dość irytujące, więc otworzyłam jedno oko, by spostrzec zmizerniałą twarz Rey, która obgryzała paznokcie. Chwyciłam leżąca obok mnie poduszkę i cisnęłam nią w Makimoto. 
   Rey ocknęła się jak wyrwana z transu. 
Co, gdzie... O, wróciłaś! ucieszyła się, pochylając do przodu. Jednym ruchem przysłoniła zmartwienie szerokim uśmiechem. 
   Na długo odleciałam? 
   Raptem parę minut, nie dużo cię ominęło. 
   Pokiwałam głową i wsparłam się na łokciach z zamiarem wstania, ale silne ręce Reyano z powrotem położyły mnie na łopatki. 
   Ugh, serio, mam leżeć jak po ciężkiej chorobie? fuknęłam, zrzucając z siebie kołdrę, bo zdecydowanie było mi za gorąco. 
   Tak na wszelki wypadek. Przynieść ci coś do picia, jedzenia? 
   Jak mnie tu sama zaciągnęłaś? spytałam, zamiast odpowiedzieć na jej pytanie. 
    Zamarła w progu. 
  Wkurzysz się jak ci powiem? 
  Mów. 
  Ale nie denerwuj się, dobra? Zadzwoniłam po Kyoyę... 
   Po Simbę?! Ale po wuj?! Zerwałam się do siadu. 
  Wiedziałam, że się zdenerwujesz! 
   Wzdrygnęłam się. 
   Ble, zielone coś mnie dotykało...fuj!   Chciałam zerwać się na nogi by pobiec pod prysznic, ale ruch był zbyt gwałtowny, więc z powrotem wylądowałam na materacu.   Szlag by to wszystko... 
   Dopiero gdy spojrzałam na zabandażowany nadgarstek przypomniałam sobie, czemu jestem w pokoju hotelowym a nie na pustyni. Zacisnęłam dłoń na spodenkach. Brawo, Meg, znowu przegrałaś. Straciłaś fragment, a dodatkowo... 
   Gdzie Ren?! wypaliłam, stając na nogi, ignorując ból głowy. 
   Rey skubała skórki od paznokci, nie mogąc się ruszyć z miejsca. Unikała mojego wzroku, więc mogłam się domyślić, że nic sobie nie ubzdurałam i Rena faktycznie zabrała Karma. 
   Szlag. Szlag, szlag, szlag, szlaaaag! Wydarłam się tak mocno, że sąsiad zastukał czymś ciężkim w ścianę.   Czego?!   wrzasnęłam do tapety. 
  Meg. Meg, siadaj. Rey siłą usadziła mnie na materacu. Słuchaj, to wszystko to nie... 
  Powiedz tylko,   że to nie moja wina, a obiecuję, że ci coś zrobię wtrąciłam, grożąc jej palcem. Niezbyt mi to wyszło, bo cała ręką mi drżała. Schowałam dłonie pomiędzy kolana. 
  Jakoś to odkręcimy odezwała się po chwili Makimoto, próbując się uśmiechnąć na zachętę. 
  Przeniosłam wzrok na okno. Niebo było irytująco błękitne. 

  Chcesz posłuchać pewniej historii? zapytałam nagle.   Historii o dziewczynce, która nie powinna się urodzić? 





Rozdział 32: ♧ A ty, dlaczego bierzesz udział w tej Wojnie? 2/2 ♧


 ~~


— Jak dorosnę, będę taki jak nasz tata! To moje marzenie.

— Będę za ciebie trzymała kciuki!

— A ty? Jakie jest twoje życzenie?

— Moje życzenie? Ja po prostu chcę, żebyś był szczęśliwy, Onii-san!


— Jakie jest twoje marzenie? Ja chyba przejmę interes po ojcu; będę tak samo potężna, jak on i tak samo będę pomagać ludziom!

— Ja w sumie chciałabym... Nie, nie wiem.

— Jak to nie wiesz? Każdy o czymś marzy, choćby o czymś malutkim! Więęęc?

—... Chyba chcę do końca życia być bleyderką.


— Jak to, o niczym nie marzysz?  Miałaś się zastanowić, dałem ci czas! Odpowiadaj!

— Nie mam żadnego marzenia, sensei.

— Ludzie bez celu w życiu są bezużyteczni. Zejdź mi z oczu!



~~


    Poczułam na twarzy zimny podmuch. Zmusiłam się do otwarcia oczu i spojrzenia w górę; ostrze włóczni niemal dotykało mojego czoła.

     — Ne, ne, nie podobają mi się te oczy —  cmoknął Urs i pstryknął palcami. Nazír wrócił do krążka, a Urs zajął jego miejsce, stając przede mną i patrząc z góry. — Wyglądają zupełnie jak wtedy, gdy wkurzyłaś mocno Ichina, tym, że nie masz marzenia.

    Nie powstrzymałam zimnych dreszczy, które zatańczyły mi salsę na karku.

    — Każdy o tym wiedział — zarechotał Urs na moje zdziwienie. — Właśnie po tym zajściu sama rozwaliłaś tuzinową grupę testową, właśnie po tym stałaś się inn...

    Gwałtownym ruchem podcięłam go i szybko przygniotłam jego nadgarstki do ziemi. Ale nawet to nie potrafiło zmazać mu z twarzy tego wkurzającego uśmiechu.

    — Przestań się tak szczerzyć! — warknęłam, mocniej zaciskając dłonie na jego przegubach. — Od pierwszego dnia w Ośrodku ten durny uśmiech gości na twoim ryju! Mam go dość; przestań!

    — Przestanę, gdy ty znajdziesz powód do życia.

    Nie wytrzymałam i uderzyłam go z otwartej dłoni w twarz. Korzystając z chwili mojego roztargnienia — jakby mojego ciosu nawet nie poczuł — zrzucił mnie z siebie, po czym sam znalazł się na górze, przyszpilając mnie do ziemi. Dotknął opuszkami palców swojego policzka, na którym powoli ujawniała się moja mała dłoń. Uśmiechnął się.

    — Prawda w oczy kole?

    — Puszczaj. Puszczaj mnie!

    — A zmienisz swoje podejście do życia, które, przy okazji, nie wiem jak wiodłaś nie mając duszy.

  — Mam duszę, żaden cerber mi jej nie zeżarł!

  — Ujmę to inaczej — nie masz celu, dla którego mogłabyś żyć. — Usiadł mi na nogach. Uwolniłam ręce i podparłam się na łokciach, próbując się wyswobodzić. Bezskutecznie. —  Chociażby jakiejś głupiej zemsty, wspięcia się na wyższy poziom w beyblade, w walce wręcz, w czymkolwiek! Nawet dziecko marzy.

    Spojrzałam na niego wrogo spod byka.

    — Marzą tylko głupcy. Marzenia są dla słabych.

    Westchnął z politowaniem, wstając ze mnie. Popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, jakbym była robakiem. Tak się też czułam. Nędzny karaluch, który musi męczyć się na tym brudnym świecie, bo nic nie może go zabić.

    — Marionetki, wszystko marionetki... — zanucił cicho Urs. — Jesteś wspaniałym narzędziem dla Nibiru, Megiś.

    Nie dowiedziałam się, czym był Nibiru — ale się domyśliłam; to coś, co rzekomo kierowało dyskiem — bo Konzern przypomniał sobie o nas; Destroyer swoim mieczem wytworzył pomiędzy nami sporą rysę w ziemi.

    — Jak wy mnie obaj wnerwiacie! — wrzasnęłam, dając upust emocjom. Wstałam z ziemi. — Gówno powinno was obchodzić moje życie, zwłaszcza ciebie, Urs. Jestem, jaka jestem i dobrze mi z tym!

    Potężna fala energii przetoczył się po pustyni, wzniecając tumany kurzu i piasku, które posłużyły za dobrą kotarę.

    Dzięki temu mogłam dać nogę.

    Wspięłam się na wzgórze i zsunęłam się z niego, nim chłopaki się zorientowali; Valciria skakała obok. Ponownie pnąc się pod górę, wybrałam numer do Rey, modląc się w duchu, aby był tu zasięg, i nie dopuszczając myśli, że zachowuję się jak spłoszony robak.

    — Meg! — Odebrała już po trzecim sygnale.

    Zanim o coś spytała, to ja przejęłam inicjatywę:

    — Gdzie jesteście?

    — Tam, gdzie napotkaliśmy się na Karmę, a ty?

    — Biegnę do was. — Skręciłam lekko w lewo, kierując się w odpowiednią stronę.

    — To się pośpiesz!

    — Hę? 

    — Bo zdaje mi się, że fragment ma zamiar się tu zmateria...

     Tępy ból pomieszany z ogłuszającym trzaskiem w słuchawce zakłócił połączenie. Telefon wypadł mi z ręki, a ja padłam jak długa. Przycisnęłam prawą dłoń do piersi. Paliła.

    — Meg! — krzyknęła jednocześnie Rey z Valcą.

    — On tu jest Meg… ona… Ren! — dosłyszałam niewyraźny krzyk ze słuchawki. — Zostaw go ty zdzi…

    Cisza, która zapadła nic dobrego nie wróżyła.

    Zarwałam się z ziemi i złapałam telefon, ignorując ból prawej dłoni. W głowie kołatały mi się wszystkie mroczne scenariusze. Na szczęście, albo nieszczęście, żaden z nich się nie spełnił, bo gdy dobiegłam cała zzipana do miejsca, gdzie powróciły moje koszmary, nie zobaczyłam ani Rey, ani Rena, albo co lepsze, ich ciał.

    Znalazłam za to fragment Dysku.

    Stanęłam jak wryta, rozdziawiając buzię.

    Złota aura padała na ziemię w miejscu, gdzie leżał odłamek. Zdawało się, że unosił się parę centymetrów nad piaskiem, a spod niego wypływały leciutkie podmuchy wiatru, zdolne jedynie musnąć ziarenka.

    W jednej chwili zapragnęłam go pochwycić i uciec jak najdalej, i najlepiej nikomu nie oddawać. Przyciągał wzrok i go nie puszczał, zakuwając w złote kajdany. Ciche szepty wdarły się do mojego umysłu, zachęcając, by obrać wybrukowaną przez nich drogę. Tam nikt by mnie nie znalazł, nikt nie obarczał mnie za nic winą...

  Meg, ocknij się! — ryknęła Valciria i sekundę póżniej stanęła za mną w pełnej postaci, w idealnym momencie, aby przyjąć na siebie atak Destroyera. Oboje przelecieli nade mną i uderzyli w ziemię kilkadziesiąt metrów dalej, szamocząc się.

    Bierz fragment!

    Oprzytomniałam i rzuciłam się w stronę fragmentu, widząc, że zza wzgórza wyłania się mój drugi wróg.

    Ani Urs, ani Konzern nie mógł dostać w swoje łapska fragmentu, po prostu nie mógł!

    Z tą myślą... potknęłam się o własne nogi, wykonałam zgrabnego fikołka, który zaprowadził mnie wprost w objęcia dysku.

    Zacisnęłam na nim palce, a sekundę później obraz wystrzelił setką kolorów.


~~


Wioska stojąca w płomieniach, wieże z martwych ciał.

 — Proszę, oszczędź nas!

  Krew wylewająca się z czarnego nieba jak z kielicha.

 — Chcieli nas ocalić, a sprowadzili na nas śmierć!

  Obrazy mieszały się w jedną, bezkształtną masę, przyprawioną piskliwymi głosami, dźwięczącymi mi w uszach.

  Nie mogłam się od nich uwolnić, a one się nasilały z każdą sekundą.

— Morderca! 

— To przez was!

— Jesteśmy straceni; to wina tych bestii! 

 — Po prostu go puść. — Jeden głos ledwo przedarł się przez harmider. — Puść go, Megiś.

  Ocknęłam się nagle, wyrwana z czarnej dziury, w którą spadłam, dotknąwszy fragment.

  Otworzyłam oczy, by spojrzeć wprost w twarz pochylającego się nade mną Ursa. Krzyknęłam i kopnęłam go w piszczel, zyskując czas na wstanie z ziemi i oddalenie się na bezpieczną odległość. Przywarłam plecami do jakiejś ściany. Głosy nadal niemrawo rozbrzmiewały mi w uszach. Spojrzałam na swoje dłonie. Kurczowo ściskałam w nich fragment; palce miałam lekko czerwone jak od poparzenia.

 — Nie jesteś na tyle silna by wytrzymać jego moc — wyjaśnił Urs, zatrzymując się pięć metrów ode mnie. Spojrzałam na niego tępo. — Nawet w kawałkach jest potężny.

  Z trudem przełknęłam ślinę.

  Nagły ryk Valcirii znowu podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody.

  Odwróciłam się w kierunku, gdzie moja smoczyca zajęła się rycerzykiem Konzerna. Okazało się jednak, że rycerzyk, był rycerzem, i pokazał pazury. Krzyk uwiązł mi w gardle, widząc, jak Excalibur dosięga ciemnoszarego torsu i ryje w nim długą rysę. Valca padła na ziemię. Z rany pociekła bordowa, najprawdziwsza krew.

 — Valciria wracaj! — pisnęłam, ale na nic się to zdało; smoczyca nadal przebywała w formie bestii. Albo już miałam zwidy, albo nie była już lekko przezroczysta jak wszystkie Bestie. Wyglądała jak... materialna.

 — Odłóż fragment, to jej przejdzie — spokojnie powiedział Urs.

  Posłałam mu wściekle spojrzenie, ale coś mnie podkusił i ujęłam dysk przez bluzkę. Głosy zamilkły, Valca wróciła do krążka. Złapałam bey'a wolną ręką.

 — Co to miało być!? — wrzasnęłam do jednego jak i do drugiego, mając obu na oku. — Bestie to Bestie, nie mają ciał materialnych, nie krwawią!

 Z wyjaśnieniem znów pośpieszył Urs, bo Konzern był chyba tak samo zdezorientowany jak ja (ale kiedy on nie jest zdezorientowany…)

 — Dysk ma ogromną moc, moc tak wielką, że może przemienić ducha w materię, martwego w żywego. — Wzdrygnęłam się na samą myśl, spoglądając na fragment. Błyszczał w blasku słońca. Kusząco. 

  Przełknęłam ślinę i zaczęłam powoli cofać się wzdłuż ściany. 

 — I tak nie uciekniesz Megiś, więc możesz mi po prostu oddać fragment i będzie po krzyku.

 — W życiu!

 — Czy, aby na pewno?

 — Tak, zniszczę tę część i wasze plany pójdą się walić!

  Już w tamtym momencie powinnam wiedzieć, że Urs miał coś za uszami, a jego chytry uśmiech tylko na to wskazywał.

 — Więc spójrz w prawo.

  Jak tępy uczniak powędrowała wzrokiem na lekki wzniesienie.

  Powietrze jakby zafalowało, ukazując widok, na którego serce mi zamarło.

  Rey ledwo widziałam, jak szamocze się na ziemi, przygnieciona dużym, czarnym cielskiem o grzbiecie najeżonym kolcami. Wściekle okładała stwora wyrzutnią, stwora niemal identycznego do tego, który parę dni temu chciał mnie schrupać.

  Spojrzałam kawałek od niej; Rena nic nie próbowało zjeść, ale mimo to był blady jak ściana. Oczy prawie wypadały mu z orbit, a to wszystko przez czarny kolec przełożony mu do krtani. Broń trzymała Karma, na której twarzy gościł tryumfalny, ledwo dostrzegalny uśmiech.

  Urs wyminął mnie i stanął obok szefowej. Splótł ręce na torsie, zadzierając nos.

— Wybieraj — oznajmił. — Bierzesz fragment, zostawiasz przyjaciół; bierzesz przyjaciół, oddajesz fragment, proste, nieprawdaż?

 — Nie zgadzaj się! — zakrzyknęli równocześnie.

 — Nie unoście się dumą, do jasnej nędzy! — warknęłam. Wzmocniłam uścisk na dysku. Miałam go, trzymałam w dłoniach, ale... — Po co ta szopka, skoro wiesz co wybiorę, Karma? — syknęłam, mordując dziewczynę wzrokiem.

  Wzruszyła ramionami, a Ren odchylił mocniej głowę, aby znaleźć się jak najdalej od ostrza.

 — Może mnie zaskoczysz?

 Postąpiłam krok w ich stronę, wyciągając rękę z dyskiem.

 — Niestety, ale cię rozczaruję.

 Zmrużyła oczy, stwór zeskoczył z Rey. Makimoto poderwała się z ziemi i chwiejnie zbiegła na dół.

 — Zapomniałaś jeszcze o czymś. — Starałam się nadać głosowi pewny ton, ale nie wychodziło mi to, zwłaszcza gdy widziałam, jak strużka krwi spływa po gardle Rena. — Karma!

  Problemy się napiętrzyły, gdy poczułam nieprzyjemne ciepło na nadgarstku, a fragment wyleciał mi z dłoni jak pod wpływem silnego uderzenie, wystrzeliwując w górę. Prosto w łapy Destroyera.

 No to się chyba nie dzieje!

 — Konzeeeern! — Myślałam, że to mój ryk, ale okazało się, że Karma też się mocno wnerwiła. Zapomniała na chwilę o mnie, skupiając falę furii na Julianie, który obwiązał fragment marynarką, ucząc się na moich błędach. Chociaż nie nauczył się za wiele z tego, by nie denerwować takich osobników jak Karma Ichinose.

Rozszerzyłam oczy z przerażenia, widząc jak szarża ostrych kolców wykonanych z czystej mrocznej materii materializuje się za Karmą. Jej kobieca wściekłość nie dbała o to, w którym kierunku zostaną wycelowane pociski. Tak więc większość pomknęła na Juliana. Nie dane mi było wysłuchać jego pięknych pisków w akompaniamencie siarczystych przekleństw, bo miałam osobiste problemy — kilka strzał mknęło na mnie i Rey.

Nie wiele myśląc — w ogóle nie myśląc — stanęłam przed Rey, skrzyżowałam ręce, by następnie rozłożyć je na boki. Zacisnęłam powieki, nie chcąc widzieć, jak kolce przedziurawią mi klatkę piersiową, jeśli coś pójdzie nie tak.

Idiotka! — warknęła Valciria, gdy ja poczułam, jak pot spływa mi po czole.

Uchyliłam jedno oko, by dostrzec jak cztery kolce rozpływają się w powietrzu, a fioletową mgłę rozwiewa srebrny wiatr. Westchnęłam z wyraźną ulgą, chociaż jeden raz ciesząc się z faktu, że nie lubiłam się z Gównem. 

Nie mogłam jednak długo nacieszyć się z tego powodu, gdyż uwagę przykuła inna,  niefajna rzecz — Konzern własne pierzchnął z fragmentem. Sama miałam ochotę nawrzeszczeć na Ursa, który pozwolił mu na taki krok. Zamiast tego zrobiła to Karma. Z jej ust popłynął piękny wodospad mniej pięknych epitetów, jaki miał gorąco zachęcić szaraka do ruszenia w pogoń. Tak  też się stało; Karma została sama, nie licząc stwora, który mierzył się ze mną na spojrzenia. Ja z kolei wolałam dawać nieme sygnały Renowi, by korzystając z chwilowej dezorientacji mojej exBF, spróbował umknąć. On jednak tylko lekko kręcił głową, z rozwartymi z przerażenia oczami. Napięłam mięśnie gotowa sama tam skoczyć pomimo zawrotów głowy, zatopić palce w oczodołach Karmy i wyratować przyjaciela.

Lecz się spóźniłam. 

Karma rzuciła mi nienawistne spojrzenie, mocniej zaciskając palce na kolcu. Wyszeptała dwa bezdźwięczne słowa: "Do zobaczenia". Po czym zniknęła w otoczeniu czarnego ognia.

A wraz z nią Ren.


Został tylko stwór, który przystąpił do szarży.






czwartek, 14 czerwca 2018

Pierwsza rocznica, czyli mózg Nessy jedzie pociągiem do Radomia


Cześć wszystkim! *zaczyna machać jak szalona* a nie, powinnam się zachowywać jak na wiek przystało *odchrząkuje i siada prosto, niczym struna* *wytrzymuje tak trzy sekundy* phaha, nie dobra, nie dam rady xD więc jeszcze raz – witam was w pierwszym poście rocznicowym na Beyblade, tam-tarararaaam! Szczerze? Nie miałam na niego żadnego pomysłu, aż do wczoraj do 21.56 po odsłuchaniu najnowszej piosenki od Studia Accantus ;D Szczerze po raz drugi? Zakładając tego bloga nie myślałam, że dotrwa aż tyle; byłam przekonana, że umrze jak Upadli ^^”

Meg&Zack: No dzięki

Kel: *wykonuje z rurek od koktajlu znak krzyża, kierując go w stronę Zacka* Duch!

Meg: A ty skądś się tu wzięła?

Kel: Z brzucha mamusi. Nie wiem, Nessa mnie tu zaciągnęła *spokojnie powraca do picia koktajlu, dziewiątego*

Wszyyystko się wyjaśni xD chociaż może od razu przejdźmy do sedna – nie miałam pomysłu na post, a koniecznie, wedle tradycji, chciałam coś wstawić, no i powstał takie jedno wielkie NIC. Będzie to po prostu moja wersja piosenki z musicalu Aladyn , pt.: Hej, przygodo” (linkuś) Podczas czytania można sobie słuchać tej muzyki, bo wtedy… no nie wiem co wtedy; tamto bardziej wam się spodoba i stąd uciekniecie, albo łatwiej wyczujecie rytm

Więc może nie przedłużajmy!



Uwaga. Poniższy scenariusz zawiera pokłady ludzkiej głupoty, która nie jest śmieszna lecz żenująca, więc gdy zdecydujesz się czytać załatw sobie inhalator, zapas chusteczek do ocierania łez żalu, i czekoladę, byś mógł dać ją mi. Nie odpowiadamy za to, że po kogoś przyjadą smutni panowie!





Ren: *w stroju gońca ze śmieszną czapeczką na głowie stoi po środku sceny ze zwojem w obu rękach * Uwaga, uwaga. Przedstawienie jakie chcemy Państwu zaprezentować opiera się całkowicie na musicalu,  a ścisłej scenie, kiedy to trzej wielcy przyjaciele postanowili odbić swojego innego przyjaciela Aladyna z więzienia. U nas rzecz ma się z ciut podobniej z tą różnicą iż – kumple są kumpelami, a Aladyn jest bezbronną Wenusą -  kumple mówią na nią też wena, którą podła macocha zamknęła w zamku, a jej trzy przyjaciółki lecą z odsieczą…Kto to pisał, Boże jedyny… Zapraszamy na kabaret pt.: Drużyna Łyżeczki!  *zwija zwój* Nessa, zabiję cie
Autorka: Ustaw się w kolejce, bo ta na dzisiejszy dzień będzie dłuuuga



Scena I
(przygotowania)


*scenę w teatrze oświetlają reflektory
* od lewej kolejno stoi: Megan Nakane, Reyano Makimoto oraz Kelly Thifer

Autorka: *bierze haust powietrza, by dać sygnał do rozpoczęcia *

Kelly: *wyrzuca rękę w górę, przy okazji wysyłając trzymany wcześniej w dłoni koktajl na głowę Kai’a stojącego przed sceną* A ja mam pytanie.

Autorka: *sili się na spokojny ton* Taak? 

Kelly: A co ja tutaj robię? I czemu mam na sobie ten dziwny, sztywny, lateksowy strój ninja, który wrzyna mi się wszędzie tam, gdzie nie powinien? I czemu na łbie mam kocie uszy, a do tyłka przypięty ogon?

Autorka: *udaje, że zawzięcie szuka czegoś w papierach* Gdyż nie miałam trzeciej osoby z Beyblade, która by mi pasowała do tej roli, więc wyrwałam ciebie.

Kelly: A Kai nie mógłby się nadać? *po chwili to sobie wyobraża * O Boziu… co się zobaczy to się nie odzobaczy… ble!

A: Poza tym to nie strój ninja tylko kobiety-kot

Kelly: *unosi wysoko brew i mina z cyklu WTF*

Megan: *porusza brwiami*mrau, mrau.

Kelly: Te, cicho siedź, Mulan

Megan: Co chcesz od mojego pięknego kimona? * robi obrót dookoła osi*

Kelly: Nic, ale twój ryj pomalowany białą farmą na tle czarnych włosów kuje mnie w oczy

Rey: Normalnie głupi i głupsza 3! Kobieta-kot, Mulan, a ja to kto, al infierno?!

Kelly&Meg: *zaprzestają mordowania się wzrokiem i taskują wzrokiem błękitną, prawie przezroczystą suknię Rey*  Elza! :D

Rey: Vanessa, kim my do licha ciężkiego jesteśmy?!

A: No jak to, wojowniczki!

Rey: Elza była królową.

A: ….Szczegół. Możemy zaczynać?

Rey: I jak ja mam z tym fikać po scenie?! W tych szpilach?!

A: Bieganie to pikuś, pomyśl nad śpiewem

Wszystkie trzy: Że nad czym!?

A: *udaje że nie dosłyszała* zaczynamy; akcja!




Scena I

Official


Po wielu nieudanych próbach morderstwa Autorki butem, książką i królikiem, wreszcie udało się przekonać trzy wojowniczki ( a w zasadzie dwie, bo jedna z nich to królowa) że… w zasadzie to nikt nie wie dlaczego; może groźba sfatania na nie podziała….

*scenę ponownie oświetlają reflektory, wpierw padając na kobietę-żołnierz, Megan.

(Mulan)Meg: *podnosi powoli głowę i spogląda hardym wzrokiem na scenę* Gdy jedna z nas jest w tarapatach, na pomoc hen ruszamy w dal, by pomoc nieść!

(Elza)Rey: Dzieci! Sorki, ale nie dam rady, zapomniałam dzieci odebrać z przeds… i… *próbuje czmychnąć, ale potyka się o suknie i wpada na Kelly*

(Selina Kyle)Kel: *z morderczym wzrokiem zagradza jej drogę i każe wracać na miejsce*

Meg: *przenosi stalowy wzrok na Rey * Jeśli nie chcemy za nią płakać, łyżeczkę zdobyć trzeba i chwycić w dłoń!

Rey : *nadal rozhisteryzowany ton* Ale skąd my weźmiemy łyżeczkę i to wygiętą, no halo…!?

Kel: *chwyta Elzę za kołnierz i przybliża swoją twarz do jej* Jak pies na kość, wena tak kusi cię…

Meg: Wewnętrzny głos-

Kel: - burzy krew, pcha cię gdzieeeś… w pewną śmierć

Autorka: *zza kulis* tego nie ma w scenariuszu!

*we trzy* I nim, obejrzysz się, wskakujesz w furę swoją i gnasz nie patrząc wstecz i krzyczysz:

Meg: Weeee-

Kel: - nooooo!

Rey: *rozgląda się w desperacji* nadzchoooodzim?!

*we trzy* W galopie machasz kuchenną łyżką, kartka trzepocze się na wietrze. Kpisz z nie chęci do pisania, krzycząc:

Meg: Weeeee-

Kel: -Noooooo

Rey: Nadchoooodzim!

*we trzy* Bohatera swego  chętnie trzepniesz. To nic, bo to jest twój zew.

Kel: *podskakuje* Na zamek! *zaczyna biegać w kółko po scenie *

Meg: *wturuje jej* Na zamek!

Rey: *piskliwy głosik* Na zamek?!

*przegrupowanie
*stają na tyle sceny, twarzą do widowni
*w zwolnionym tempie biegną w miejscu

Kel: W powietrzu wisi chęć pisania. Wena za tym murem czai się…

Rey: Daleko jeszcze?

Kel: Tak.

Rey: Daleko?!

Kel: TAK!

Rey: Daleko?

Meg: *orient* Biegniemy w miejscu!

Kel: O.

Rey: Moje miłe, ktoś tu gra nieczysto…

Kel&Meg * wszystko mówiący wzrok na nadal biegnącą w miejscu Elzę*

Rey: To zwykle świństwo… wściekłam się! *staje, dumnie wypinając pierś, jak gdyby o niej nie było mowy i tupie nogą *

Kel: *prześmiewczy ton* Aleś się wściekła…

Meg: *wyskakuje do przodu, przybierając obronną pozycję do walki* Jak wena zła plecie wciąż intryg sieć

Kel: *kopie powietrzne *W których bezbronne to my

Autorka: *nerwowo przegląda scenariusz* Tych kwestii nie było; wy macie ratować tę wenę! *oczywiście nikt jej nie słucha*

*wszystkie trzy, stają w kręgu, kładąc dłoń na dłoń* Nakane, Reyano, i Thifer chce zwieść. A my, będziemy iść, wszelkim oporom w twarz śmiejąc się, my kumple trzy, wołamy:

Meg: Weeee-

Kel: -nooooo!

Rey: nadchoooodzim! !

*we trzy* serca nam walą, szumi w głowie, widocznie za dużo bimbru jak na jeden raz. Zniszczymy mury krzycząc:

Meg: Weeee-

Kel: -nooooo!

Rey: Nadchoooodzim!

*we trzy* porażka wrogów będzie głośna, weny wszak poczułeś krew

Kel: Jedziemy!



Scena II


*wskakują do zaparkowanego pod  sceną czerwonego polo*
*nagłe cięcie*

Meg: *zasiadła za kierownicą, ale wtem zdaje sobie z czegoś sprawę; patrzy na siedząca obok niej Rey, potem do tyłu na Kel* A ktoś umie prowadzić?

Rey: *od razu kręci głową *

Kel: *face palm* kto dodał tę scenę?!

*ciche gwizdanie za kulisami

Rey: Dobra, to załatwmy to po męsku!

Meg&Kel: *mrużą groźnie oczy* zgoda!

*chowają ręce za plecy,
*napięta cisza
*świerszcz w tle
*Meg zgniata świerszcza, który siedział na desce rozdzielczej, butem
*znowu cisza jak na westernie

*wszystkie trzy*....  Papier, kamień, czy nożyce!



Scena III

*koniec końców batalię przegrała Kobieta-kot
*podczas jazdy przejechała tylko dwie osoby, złamała dwanaście przepisów, i wyważyła bramę w murze

*zakradły się do zamku*
*szybko przemierzają jeden korytarz
*niewinnym krokiem przemierzają ten sam korytarz z powrotem, bo pomyliły kierunki, uśmiechając się przemile do strażników
*wchodząc po schodach odstawiają taniec hula, ale zaraz muszą spierniczać przed strażnikami*
* koniec końców się gubią

Kel: *samotnie przemierza korytarz* *nagle się potyka o… wygiętą łyżeczkę* *po drodze znajduje jeszcze dwie*

*we trzy, gdy się znalazły, dzierżąc w dłoniach łyżeczki* *odgrywają operę na trzy głosy, bijąc się przy tym z garstką strażników. Oczywiście łyżeczki zyskują znaczącą przewagę *

*we trzy, po potyczce, stoją nad ciałami wrogów, wpatrując się w dal* Tam, gdzieś z oddali odzywa się głos. Taki, co serce przeszywa na wskroś… no tak! To jasny znak. Wyruszać czas, wenę odbić, coś napisać, duszę swą od czytelników złych wybawić, więc krzyczymy:

Autorka: Zdecydujcie się czy planujecie morderstwo czy ratunek!

Meg: Weeeeee-

Kel: - nooooooo!

Rey: Nadeszliśmy!

*we trzy; Rey tuli się do Meg*

Rey: *beczy* I Chociaż przyszłość jest niejasna… to śmierć nam jest nie strasz-

Kel: Reyano, nie bądź płaksa!

Meg: Weeee-

Kel: -nooooo!

Rey: Nadchoooodzim!

*we trzy* Tyle bólu nam dostarczasz, złości i śmierci znamy smak, mimo to cię pożądamy… boś ty mamusią naszą!

Meg: Heeeeeeeej!

Kel:  Heeeeeeeeej!

Rey: Wenuśko!


THE END


*stara się uspokoić, ale ciągle dostaje ataków śmiechu* wiecie, może tego nie czytajcie?

Meg: Chyba za późno *przerzuca z rąk do rąk łyżeczkę


O matko… mózgu, gdzie jesteś!?

Kel: *bawi się łyżeczką* do Radomia jedzie

*z przestrachem spogląda na Rey*

Rey: ^^

ooo, chociaż ty nie jesteś na mnie....

Rey: 

R-Rey... ale wiesz, że to ja cię stworzyłam...

Rey: 

Kyaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! *ląduje na dachu domu sąsiada* Dobra, na szybko – standardowo dziękuję, za to że ktoś tu się zjawia i nabija jedno wyświetlenie dziennie, bla, bla, bla, mam nadzieję, że nasza współpraca dalej będzie owocna, bla, bla, bla, paaa!

*z krzykiem ucieka przed dziewczynami*